Po dzisiejszym artykule w Gazecie Wyborczej możemy zauważyć, że najprawdopodobniej zbliża się kolejna wojna medialna pomiędzy kancelariami odszkodowawczymi, a towarzystwami ubezpieczeniowymi. Przyczyną konfliktu są roszczenia odszkodowawcze związane ze śmiercią osoby bliskiej za zdarzenia przed 3 sierpnia 2008 r. Dopiero wtedy bowiem do kodeksu cywilnego wpisano pojęcie zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, które sąd może przyznać rodzinie zmarłego.

Wg Sądu Najwyższego oraz sądów rejonowych rodziny ofiar sprzed 2008 r. również powinny dostać rekompensatę za krzywdy i ból związany ze śmiercią osoby bliskiej.
Trzy lata temu Sąd Najwyższy jasno się wypowiedział, że należy im się zadośćuczynienie z uwagi na inny, już wcześniej istniejący, artykuł kodeksu cywilnego.

Ubezpieczycieli jednak nie przekonuje uchwała Sądu Najwyższego, twierdząc, że prawo nie działa wstecz i zgodnie z nim zadośćuczynienie zaczęło funkcjonować w Polsce dopiero od 2008 r. Nie chcą rozmawiać o niewypłacanych rekompensatach, odbijają piłeczkę pokazując nieetyczne praktyki kancelarii odszkodowawczych. Chodzi głównie o kwestię docierania przedstawicieli do klientów przez niezgodne z prawem zdobywanie adresów poszkodowanych, czy też działania nieetyczne, takie jak wizyty przedstawicieli na cmentarzach, czy podpisywanie umów w szpitalach. Temat ten był już jednak poruszany  w mediach wielokrotnie.

Takie, a nie inne stanowisko ubezpieczalni jest konsekwencją skali zjawiska.
Jak podaje Gazeta Wyborcza sądy nakazują wypłacać średnio 100 tys. zł za śmierć bliskiej osoby w wypadku sprzed 2008 r. Za śmierć żony czy męża współmałżonek może liczyć na 80-100 tys. zł. Matce, która traci jedyne dziecko, sądy przyznają nawet 150 tys. zł. Kiedy dziecko traci oboje rodziców, dostaje od ubezpieczyciela nawet 250 tys. zł. Każda sprawa jest jednak indywidualna, często zadośćuczynienia nie przekraczają 50 tys. zł, a w niektórych przypadkach idą w setki tysięcy złotych i dochodzą czasem nawet do pół miliona.

Wg eksperta ubezpieczeniowego Marcina Brody koszty zadośćuczynień za wypadki sprzed 2008 r. mogłyby sięgnąć nawet 10 mld zł. Większość tych roszczeń byłaby wobec PZU i Warty, które przez te lata miały ok. 80-proc. udział w rynku.
Kancelarie odszkodowawcze pobrałyby z tego ok 1,5-2,5 mld zł prowizji – liczy Broda. – Prowizji uczciwie zarobionej, bo bez pełnomocników poszkodowani w ogóle nie otrzymaliby należnych im pieniędzy.

Podobnego zdania jest Bartłomiej Krupa prezes Polskiej Izby Doradców i Pośredników Odszkodowawczych, który twierdzi, że gdyby nie kancelarie odszkodowawcze, poszkodowani nie otrzymaliby od towarzystw ani grosza.

cały art.: http://wyborcza.biz/finanse/1,105725,14679018,Wojna_o_zadoscuczynienia__Ubezpieczyciele_kontra_kancelarie.html?biznes=wroclaw#BoxBizTxt#ixzz2g5DmjuGB